Nawet sobie nie wyobrażacie, jak trudne jest znalezienie brązowej odzieży w rozmiarze około 104. W efekcie, nieziemskim wysiłkiem mamy spodnie wypożyczone od duetu Sylwia i Mikołaj, oraz koszulkę zdobytą przez babcię w ostatniej chwili czyli wczoraj po południu. Wieczorne przymierzanie skończyło się niemalże awanturą, bo Olgierd tez chciał przymierzać, a nie bardzo miał co, a Seweryn z kolei zapałał ogromną miłością do żółtych szelek przy spodniach i obawiam się, że trudno mu będzie się z nimi rozstać.
Kiedy już wreszcie udało mi się obu panów z powrotem wpakować w piżamy i w pościele urządzili sobie standardową, pidżamową imprezkę na górze. Zresztą robią to każdego dnia, a długość takich baletów jest uzależniona od wielkości zmęczenia. Przedwczoraj na przykład skończyło się ojcowską interwencją (to zresztą też nie żaden wyjątek). Siedząc na dole i po cichu licząc na spokój usłyszeliśmy niespodziewany huk. Tomasz pobiegł na górę i to co słyszałam ja brzmiało mniej więcej tak:
T: Co tu się dzieje... który to zrobił?...Proszę natychmiast kłaść się twarzą do ściany...[klaps]...i spać...Ty też...twarzą do ściany...[klaps]...śpimy!!
i dalej już tylko cisza. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że Olek, kiedy zobaczył, co się święci, sam w tempie ekspresowym kładł się do łóżka i przykrywał kołdrą. Niestety kara była nieunikniona ;-)
A huk okazał się być dźwiękiem spadania karnisza ze ściany. Wolę nie myśleć, co będą robić za kilka lat, skoro zaczynają od huśtania się na zasłonach. Podpalone, fruwające z okna samoloty?? hmm.. no dobra, ale ważne, żeby w kierunku na zewnątrz, a nie w stronę domu ;-)
Poniżej fotki z ostatniego weekendu:


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz